A dzisiaj o siemieniu lnianym. Jak już wspominałam w ostatnim wpisie, rozpoczęłam picie siemienia - co wieczór przygotowuję porcję zalewając dwie łyżeczki nasion szklanką wody, a całość wypijam rano, na czczo. Niestety, smak nie przypadł mi zbytnio do gustu - nie był zbyt uciążliwy, ale do najprzyjemniejszych nie należał. Dzisiaj postanowiłam całą miksturę nieco podrasować dodając starte jabłko i domowy sok z malin. W takiej formie siemię jest pyyszne :)
Przechodząc teraz do włosów, dzisiaj wreszcie skusiłam się na żel również z siemienia. Podcięłam też nieco moje baardzo nierówne końcówki (mam uraz do fryzjerów), nadal nie są idealne, ale nie przeszkadza mi to zbytnio - zawsze chodzę z włosami z przodu, a nie chcę dużo ścinać i tracić długość, szczególnie, że moje końcówki nie są tak zniszczone, by wymagać drastycznego cięcia.
Włosy myte we czwartek wieczorem, zdjęcie zrobione w sobotę rano, Włosy jak zwykle nieświeże przy po opuszczeniu choć jednego mycia. Prawdopodobnie popełniłam też błąd ścinając końcówki przed a nie po umyciu włosów, ale cóż, człowiek uczy się na błędach :)
Zaraz po zdjęciu umyłam włosy szamponem BabyDream po czym nałożyłam na nie żel z siemienia (nie użyłam żadnej odżywki/maski po myciu), pod czepek, pod ręcznik i zostawiłam na 45 min. Kiedy czas minął, spłukałam "glutka" z włosów i pozostawiłam je do naturalnego wyschnięcia (ok 4h).
Efekt:
Flesh/bez flesha.
Mi osobiście efekt bardzo się podoba, z pewnością glutek stanie się częstszym gościem w mojej pielęgnacji.
Piękne włosy :)
OdpowiedzUsuńJa najczęściej używam siemienia jako płukanki :)
Ale prostowałaś włosy do zdjęcia?
OdpowiedzUsuńNigdy w życiu nie prostowałam włosów :) Włosy na zdjeciu sa proste z natury, nawet nie wysuszone suszarka ^^
OdpowiedzUsuń